wtorek, 8 grudnia 2015

Prolog

*Beth*
Czy mieliście kiedyś tak ,ze wszyscy wokół Ciebie myśleli ,że twoje życie jest idealne?
Myśleli ,że nie musisz się o nic prosić dwa razy? Dostajesz zawsze to czego chcesz?
Ja mam tak codziennie.
Wszyscy myślą ,że moje życie jest super i ,ze jest ciągnącą się kolejką wiecznych zwycięstw.
I tu się mylą.
Moje życie wcale nie jest takie super. Zacznijmy od tego ,ze nie mam mamy i taty.
Zginęli w wypadku samochodowym 3 lata temu. Od tamtej pory mieszkam z dziadkami.
Do mojego pokoju zaczęły dobijać się promienie wschodzącego słońca. Powolnie otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę ,że nie zasłoniłam rolet. Egh …
Powolnie podniosłam swoje cztery litery z wygodnego materaca i przeciągnęłam się. Zegar wskazywał dwadzieścia po piątej. To była idealna pora do porannych ćwiczeń.
Jestem osobą które jest wiecznie głodna. Mogłabym jeść i jeść i nadal będzie mi mało.
Dlatego właśnie 2 lata temu miałam przez to problem z otyłością ale na szczęście się za siebie wzięłam. Od tamtej pory regularnie ćwiczę – rano i wieczorem. Ubrałam na siebie swój strój do ćwiczeń i gimnastyki.
Zaczęłam od skrętoskłonów po trzydzieści na każdą stronę,zrobiłam sto pajacyków,dwadzieścia przysiadów i brzuszków. Po kilku minutowej rozgrzewce poszłam pobiegać. Lekki 30 minutowy trucht jest idealny na rozpoczęcie dnia. Kiedy wróciłam zrzuciłam z siebie przepocone ubranie i ruszyłam pod prysznic. Umyłam włosy szamponem truskawkowym ,a ciało płynem o tym samym zapachu.
Otuliłam się ręcznikiem i stanęłam przed lustrem. Przetarłam je ręką bo było całe zaparowane od gorącej wody. Wmasowałam w swoje blond włosy oliwkę i rozczesałam dokładnie.
Założyłam na siebie swój szlafrok i przemknęłam szybko z łazienki do pokoju.
Skierowałam się do szafy i uszykowałam sobie zestaw na dzisiaj.
Spojrzałam na zegar – wskazywał dokładnie siódmą. Czyli mam jeszcze dwie godziny.
Ubrałam się w wybrany zestaw i poszłam do kuchni. Wyjęłam z szafki swoje ulubione kukurydziane płatki i zalałam ciepłym mlekiem. Wróciłam do siebie i zabrałam laptop.
Rozsiadłam się wygodnie przy biurku i zajęłam przeglądaniem stron internetowych.
Zalogowałam się na facebook’a , instagrama i twittera. Następnie przejrzałam tumblr.
Następnie zalogowałam się do Cybernatural.
Czym jest Cybernatural?To gra. Po prostu gra. Gra w której tworzysz siebie i kreujesz sobie idealne życie.Zalogowałam się na swój profil. Moja postać zmaterializowała się w swoim ‘mieszkaniu’.W grze nie jestem blondynką. Mam duże zielone oczy i niebieskie bardzo długie włosy.No i oczywiście mnóstwo tatuaży. 
Nie widząc żadnych nowych wiadomości wylogowałam się. Ponownie spojrzałam na zegarek – tym razem była siódma czterdzieści. Czas mijał mi bardzo wolno. Położyłam się na łóżku i patrzyłam w biały sufit. W mojej głowie zaczęły kłębić się różne myśli które przerwało brzęczenie budzika z sypialni dziadków. Dziadek pewnie ma spotkanie golfistów. Nie wiedząc co ze sobą zrobić wstałam , zgarnęłam swoją torbę i skierowałam się na dół. Dziadek stał w kuchni i parzył sobie kawę . 
- Hej dziadku. – musnęłam starca w policzek na powitanie.
- Dzień dobry kochanie. Mógłbym wiedzieć o której dziś wstałaś? 
- Po piątej. – odpowiedziałam z uśmiechem szukając w koszu z owocami jakiegoś jabłka. 
- Nowy rekord widzę. Idziesz już? 
- Tak. Nie mam co robić ,a tak po drodze wstąpię jeszcze do Starbucks’a po jakąś kawę i rogalika. 
- Dobrze. Uważaj na siebie. Ile masz dzisiaj lekcji? Mógłbym po Ciebie przyjechać. – dziadek zalał kubek gorącą wodą i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. 
- Nie ale dziękuję. Po lekcjach idę do galerii z Hope. 
- W porządku rozumiem. Tylko nie wracaj zbyt późno. – dodał i zanurzył usta w gorącym napoju. 
- Ok. Idę pa! – krzyknęłam i wyszłam na hol. Wzięłam do ręki swoje buty i usiadłam na jednym schodku. Zaczęłam się z nimi siłować. Air Force to cudowne buty ale strasznie ciężko się je ubiera. 
Po kilku minutach udało mi się. Stanęłam przed wielkim lustrem i wyciągnęłam telefon. Włączyłam aplikacje Snapchat i zrobiłam sobie zdjęcie. Dodałam napis ‘Gotowa do szkoły J ‘ i wysłałam kilku osobą. Usłyszałem skrzypienie schodów. To William mój młodszy brat. Przyrodni brat. Moja mama odeszła gdy się urodziłam ,a tata znalazł sobie nową partnerkę z dzieckiem. Jest młodszy ode mnie o 2 lata. Dwunastolatek schodził leniwie przecierając oczy. Na mój widok na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech. 
- Hej siostra. – powiedział i skierował się od razu do kuchni nie dając mi szansy odpowiedzi. 
Mały pacan. Oczywiście,że go kochałam. Przed śmiercią rodziców bardzo mnie wkurzał. 
Ale kiedy zdałam sobie sprawę,że teraz mam tylko jego jakoś przyzwyczaiłam się do jego obecności.
Wyszłam z domu trzaskając niechcący drzwiami. Zza otwartego kuchennego okna usłyszałam wołanie dziadka. 
- BETH! 
- Przepraszam! – odkrzyknęłam i szybko zmyłam się z podwórka. 
Spojrzałam na zegarek który wskazywał dokładnie ósmą. Nie jest źle. Stoisko Starbucks’a znajdowało się niedaleko mojej szkoły dlatego zbytnio nie przejmowałam się czasem. Wyciągnęłam z kieszeni słuchawki i podłączyłam do swojego Samsunga. Włączyłam pierwszą lepszą piosenkę i ruszyłam do szkoły. Droga do niej zajmuje mi jakieś piętnaście minut. Wstąpiłam do mojej ulubionej kawiarni. 
Wzięłam rogalika francuskiego i frappucino karmelowe. 
Napój wypiłam przed wejściem do szkoły,a rogalika spakowałam do torby. 
Stanęłam przed wejściem do szkoły. ‘Zaczynamy piekło’ – pomyślałam i pchnęłam wielkie szklane drzwi. 
Dzień w szkole minął mi bez zbędnych kłopotów i całkiem szybko. Po lekcjach czekałam cierpliwie na moją przyjaciółkę. Po chwili wypatrzyłam w tłumie jej długie ,rude loki. Biegła w moim kierunku z prędkością światła,mało co nie wywracając się o rozwiązane sznurówki swoich butów. 
Widziałam ją pierwszy raz w tym dniu. Hope rzuciła się na mnie przez co prawie wylądowałyśmy w stercie jesiennych liści. 
- Hej kochana.- Cmoknęła mnie w policzek cały czas się uśmiechając. 
- Hej.  Co ci się stało? 
- Dzisiaj mijają dwa miesiące od kiedy chodzę z Kevinem! Pierwszy października Beth! – przyjaciółka ponownie mnie przytuliła. Oddałam gest. Cieszyłam się razem z nią bo w sumie to ja ich zeswatałam.
Podkochiwali się w sobie dosyć długo. Pasują do siebie nie powiem. Zupełnie zignorowałam przy tym uczucia mojego braciszka. Młody zakochał się w Hope i jakoś nie mógł o niej zapomnieć. Chyba nadal nie może. 
- Dobra,dobra wszystko jasne! Dlaczego nie spędzasz z nim czasu? – zapytałam zdziwiona. Do tej pory każdą miesięcznice podobnie jak swój pierwszy tydzień związku spędzali razem. 
- Zachorował. Wolę się do niego nie zbliżać. – powiedziała z obrzydzeniem na co ja parsknęłam śmiechem. -Co?  O co chodzi? 
- O nic. Idziemy! – odpowiedziałam i chwyciłam Hope pod ramię.Do galerii dotarłyśmy w niecałe pół godzinki. Zaczęłyśmy obczajać wszystkie sklepy. 

Po jakiś 2 godzinach ciągłego latania po sklepach zatrzymałyśmy się na ‘obiad’ w KFC. 
Objadałyśmy się kurczakiem i rozmawiałyśmy o tym co robiłyśmy w weekend. W końcu dzisiaj poniedziałek. Wybiła osiemnasta. Uznałyśmy ,że to odpowiednia pora na wracanie do domów. 
Rozstałyśmy się pod centrum handlowym i pożegnałyśmy przytulasem. 
Ja i Hope mieszkamy w dwóch zupełnie różnych dzielnicach LA. 
Ruszyłam w stronę domu ze słuchawkami w uszach. Po długim spacerku wreszcie dotarłam. 
Ściągnęłam buty i ruszyłam do siebie. Po drodze zajrzałam do pokoju brata. 
Siedział z kolegami. Uśmiechnęłam się i ruszyłam do swojego królestwa. 
Rzuciłam torbę obok biurka i zajęłam się lekcjami. Na szczęście dzisiaj nie było dużo zadane. 
Po skończonym zadaniu , spakowałam się na jutrzejszy dzień i przebrałam w coś wygodniejszego. 
Usiadłam na łóżku i włączyłam Cybernatural. Zmaterializowałam się w wirtualnym świecie. Zaczęłam biegać po całej ‘krainie’ i szukać jakiegoś zajęcia. Trafiłam do biblioteki. W budynku świeciło pustkami. Tylko przy jednym stoliku siedziała jakaś postać. Usiadłam naprzeciw. Dla czystej ciekawości odpowiedzi i trochę z nudów wysłałam do niej wiadomość.

*Aria*
Czy czuliście się kiedyś jakby cały świat odwrócił się od was?
Czy kiedykolwiek budziliście się ze świadomością że nie jesteście potrzebni?
Bo ja tak. Pewnie myślicie,że jestem kolejną nastolatką nie wiedzącą nic o życiu i planującą w swoich myślach samobójstwo.
Ale myśląc logicznie,komu chciałoby się żyć na tym chorym świecie nie mając nikogo? Właśnie.
Codziennie ta sama rutyna. Szkoła i użeranie się z ludźmi którzy mają cię za kompletne zero,Cybernatural,sen i od nowa.
Ciągle i ciągle. Spytacie pewnie co to Cybernatural? Cały mój świat. Niby to głupie ale ta gra to jedyna dobra rzecz w moim życiu. To piękne kiedy możesz po prostu wejść do innego wymiaru, do idealnej krainy w której możesz być kim chcesz i gdzie chcesz. Wszyscy mówią że życie to najpiękniejszy dar,ale co w nim jest takiego pięknego? Wredni,wścibscy ludzie którzy próbują cię zniszczyć na każdym twoim kroku? Ludzie sądzą że jestem zamknięta w sobie, nie wiem czy to prawda. To tylko tłumienie w sobie emocji, przynajmniej staram się to tak usprawiedliwiać. Ale niby dlaczego? Dlaczego nie chcę spojrzeć prawdzie w oczy?


-Aria! Mogłabyś łaskawie zejść na dół?-usłyszałam z dołu poirytowany głos mamy. Niechętnie zerwałam się z łóżka i pozostając w mojej uroczej piżamce zeszłam na dół.

-Robię sobie dzisiaj wolne-westchnęłam bez żadnych uczuć otwierając lodówkę. Wyciągnęłam z niej sok pomarańczowy i powoli nalałam do szklanki.Nie czekając na odpowiedź ruszyłam z powrotem do pokoju i usiadłam przy biurku. Przechyliłam lekko głowę i popatrzyłam na zegarek który wskazywał godzinę szóstą. Chwyciłam szklankę z sokiem i upiłam trochę jej zawartości. Sięgnęłam po moją lokówkę i skierowałam się w stronę toalety. Po drodze zgarnęłam jeszcze ubrania,które wczoraj wieczorem sobie przygotowałam i czystą bieliznę. Spięłam włosy w malutki koczek i weszłam pod prysznic. Lekko pisnęłam kiedy po mojej skórze zaczął spływać zimny strumień. Szybko przekręciłam korek,tak bym była usatysfakcjonowana z temperatury wody. Po skończonej kąpieli,złapałam ręcznik i  delikatnie się wytarłam. Narzuciłam na siebie wcześniej przygotowany komplet i stanęłam przed lustrem. Moją uwagę przykuły moje włosy,które w tej chwili znajdowały się w kompletnym nieładzie. Wyciągnęłam z mojej kosmetyczki szczotkę i zaczęłam lekko rozczesywać włosy,by nie poczuć bólu. Kiedy skończyłam,zabrałam się za kręcenie ich lokówką by przywrócić je do normalnego stanu. Kiedy byłam już w pełni zadowolona wyszłam z łazienki i skierowałam się w stronę mojego laptopa. To dziwne że moja mama nie przyszła by na mnie nakrzyczeć z powodu mojego zostania dzisiaj w domu. Lepiej dla mnie. Otworzyłam laptopa i zaczęłam przeglądać różne portale społecznościowe. Na facebooku wyświetliło mi się pewne wydarzenie.''6 PAŹDZIERNIKA-KONCERT B26 ROSEWOOD''. Na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech,jednak kiedy przypomniałam sobie o surowych zasadach mojego ojca od razu zniknął. Przecież nie pozwoli mi iść. Kurczę,to mój ulubiony zespół. Spojrzałam na zegar,już 13. To niesamowite jak ten czas szybko leci. Z rozczarowaniem odeszłam od biurka i rzuciłam się na łóżko. Moje życie jest takie nudne.Wyszłam z pokoju i ruszyłam w kierunku przedpokoju. Wsunęłam na nogi czarne trampki i wyszłam z domu. Idąc wolnym krokiem przyglądałam się ludziom po drugiej stronie ulicy. Niektórzy szli paczkami i śmiali się do siebie,a niektórzy tak jak ja przyglądali się im myśląc ''Jak to jest być szczęśliwym?''. Mój telefon wydał z siebie dźwięk przychodzącego powiadomienia. Wyciągnęłam go z kieszeni i ujrzałam ikonkę CN. Otworzyłam aplikację i zobaczyłam wiadomość od niejakiej butterfly12 o treści ''Hej,czy zostaniesz moją internetową przyjaciółką?''. Bez zastanowienia zgodziłam się.